Minister zdrowia mówiła o cyfrowej rejestracji i nowych miliardach. Teresa Kamińska wytknęła systemowi centralizację. Prezes ZUS policzył koszty chorowania, a Anna Rulkiewicz upomniała się o rolę prywatnych placówek. Na EFNI zrobiło się ciekawie.
Zgodni w pierwszych pięciu minutach
Na początku wszystko wyglądało na debatę, w której trudno będzie o spór. Moderator Kacper Olejniczak z Konfederacji Lewiatan zaproponował, by przestać traktować ochronę zdrowia wyłącznie jako koszt. Zdrowy obywatel dłużej pracuje, rzadziej korzysta ze świadczeń i płaci podatki. Zdrowie powinno więc być inwestycją w gospodarkę, a nie pozycją, na której najłatwiej szukać oszczędności.
Teresa Kamińska, była minister w rządzie Jerzego Buzka, poszła dalej. Jej zdaniem polityka zdrowotna nie powinna być jednym z wielu rozdziałów strategii rozwoju kraju. Powinna być jej fundamentem. Zdrowie to także bezpieczeństwo państwa — podobnie jak energetyka czy infrastruktura.
„Zdrowie też powinno być infrastrukturą krytyczną.”
Ważny był zwłaszcza fragment o starzeniu się społeczeństwa. Kamińska nie widzi w seniorach wyłącznie odbiorców świadczeń socjalnych. Mówiła o mieszkalnictwie wspomaganym, usługach opiekuńczych, telemedycynie i nowych zawodach. Wspomniała również o niewykorzystanym potencjale ukraińskich pielęgniarek, które mogłyby — po odpowiednim przygotowaniu i zgodnie z wymogami — wesprzeć opiekę nad osobami starszymi.
Do tego momentu przy stole panowała zasadnicza zgoda. Później zaczęły się liczby, kompetencje i pytania o to, kto właściwie odpowiada za wynik.

274 miliardy złotych to nie odpowiedź na każde pytanie
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przypomniała, że politykę zdrowotną trzeba planować dłużej niż jedną kadencję. Wskazała prace nad dziesięcioletnią perspektywą Narodowego Programu Zdrowia, inwestycje z KPO i rolę ochrony zdrowia jako gałęzi gospodarki — klienta firm budowlanych, producentów sprzętu, dostawców technologii i pracodawcy.
Najważniejsza liczba padła przy finansowaniu przyszłego roku. Projekt budżetu na 2027 r. przewiduje 274,1 mld zł nakładów na ochronę zdrowia, w tym 41,5 mld zł dotacji z budżetu państwa dla NFZ. To ostatnie nie jest całością budżetu Funduszu, lecz dodatkowym strumieniem obok składki zdrowotnej. Minister przyznała wprost, że sam model finansowania oparty na składce przestał wystarczać.
Dwie liczby, które warto zapamiętać
- 274,1 mld zł — planowane łączne nakłady na ochronę zdrowia w 2027 r.
- 41,5 mld zł — planowana dotacja podmiotowa dla NFZ z budżetu państwa, poza wpływami składkowymi.
Problem polega na tym, że wysokość wydatków nie jest jeszcze miarą skuteczności systemu. Można wydać więcej na szpitale i nadal nie wiedzieć, dlaczego na tym samym obszarze dublują drogi sprzęt. Można dopłacić do NFZ i wciąż nie móc sprawdzić, gdzie w najbliższej okolicy pacjent uzyska najszybszą pomoc.
Właśnie w tym miejscu panel zaczął nabierać temperatury.
147,7 miliona dni nieobecności. ZUS ma rachunek za chorowanie
Liwiusz Laska, prezes ZUS, pokazał inną stronę kosztów choroby. Z danych Zakładu za pierwsze półrocze 2026 r. wynika, że wystawiono 14,1 mln zwolnień lekarskich obejmujących 147,7 mln dni absencji. Zasiłki chorobowe to tylko część tego rachunku. Dochodzą utracona produktywność, trudności organizacyjne firm i długotrwała niezdolność do pracy.
Wyraźnie wybrzmiało zdrowie psychiczne. Według danych ZUS w latach 2022–2025 liczba dni absencji z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania wzrosła o 43 proc. To jedna z tych liczb, obok których trudno przejść obojętnie. Pokazuje, że zdrowie psychiczne nie jest wyłącznie tematem kampanii społecznych. To również problem dla rynku pracy i zarządzania przedsiębiorstwami.
Laska podał także dane o rehabilitacji finansowanej przez ZUS: po wydatkowaniu około 273 mln zł w 2025 r. 55 proc. uczestników przez kolejne 12 miesięcy nie pobierało świadczeń z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. To ważny wskaźnik administracyjny, choć nie należy go utożsamiać z odsetkiem medycznie wyleczonych pacjentów.
„My, płacąc za rehabilitację, płacimy, żeby przywrócić człowieka do pracy, a NFZ płaci, żeby człowiek wrócił do zdrowia.”
Dwa publiczne systemy, wspólny pacjent, ale różne mierniki sukcesu. W Sopocie nie padła gotowa odpowiedź, jak te cele połączyć. Padła za to cenna diagnoza: dopóki zdrowie i aktywność zawodowa funkcjonują w oddzielnych tabelach, trudno policzyć rzeczywisty zwrot z inwestowania w leczenie.

Cyfryzacja wreszcie ma miernik: odzyskane terminy
Sobierańska-Grenda dużo mówiła o polskich narzędziach e-zdrowia. Szczególnie interesujący był wątek centralnej e-rejestracji. Minister podała podczas panelu liczbę 1,5 mln wizyt „odzyskanych” dzięki cyfrowym mechanizmom, które ułatwiają pacjentom odwoływanie terminów. W marcu resort informował o 465 tys. takich terminów. Dla oceny skali postępu potrzebne będzie aktualne zestawienie z jednolitą definicją „odzyskanej wizyty”.
Od 1 października działa również wirtualna asystentka głosowa Anna. Dzwoni do wybranych pacjentów korzystających z centralnej e-rejestracji, by przypomnieć im o wizycie oraz umożliwić jej potwierdzenie lub odwołanie. Rozwiązanie ma znaczenie zwłaszcza dla osób, które nie używają aplikacji ani IKP. W tym przypadku technologia nie zmusza pacjenta do nauczenia się kolejnego interfejsu — po prostu dzwoni.
Minister zapowiadała dalszy rozwój e-kolejki i objęcie kolejnych planowych świadczeń wspólnymi zasadami. Nie jest to jeszcze gotowy, uniwersalny system zapisów na wszystkie zabiegi. Zakres centralnej e-rejestracji rozszerza się etapami, a obowiązki placówek zależą od rodzaju świadczenia i harmonogramu wdrożenia.
Dla managera placówki to bardzo praktyczny sygnał: rejestracja przestaje być wyłącznie kosztem obsługi telefonu. Staje się sposobem odzyskiwania zasobów — czasu lekarza, gabinetu i sprzętu — które dziś tracimy na puste sloty.

„Nie rozwiążemy tego z pozycji Warszawy”. I zaczęła się polemika
Najostrzej zrobiło się, kiedy Teresa Kamińska wróciła do opieki długoterminowej i kompetencji samorządów. Jej zdaniem trudno z centrali określać potrzeby dwóch dzielnic jednego miasta, z których jedna szybko się starzeje, a druga przyciąga młode rodziny. Podkreślała, że samorządy odpowiadają za lokalną infrastrukturę zdrowotną, choć nie mają realnej kontroli nad kontraktowaniem świadczeń przez NFZ.
„Opieka zdrowotna wymaga decentralizacji, a nie centralizacji.”
Kamińska krytykowała projektowane zmiany w Funduszu, w tym rozbudowę kontroli i skupianie decyzji na szczeblu centralnym. W jej wystąpieniu padło celne pytanie: czy w systemie obracającym setkami miliardów ktokolwiek potrafi zmierzyć skuteczność wydawania pieniędzy równie rygorystycznie, jak robiłaby to dobrze zarządzana firma?
Minister zdrowia nie pozostawiła tego bez odpowiedzi. Przypomniała, że centralizacja NFZ nastąpiła lata temu, przy odejściu od kas chorych. Wyjaśniła, że proponowane przeniesienie kompetencji powoływania dyrektorów oddziałów wojewódzkich z ministra na prezesa NFZ ma uporządkować nadzór. Broniła też wzmocnienia korpusu kontrolerskiego: wskazywane w debacie 120 mln zł kosztów miałoby być rozłożone na dziesięć lat, a nie poniesione jednorazowo.
Obie strony mówiły o lepszej odpowiedzialności za pieniądze. Różniły się odpowiedzią, gdzie ta odpowiedzialność powinna mieszkać: bliżej regionu czy bliżej kierownictwa NFZ. Zamiast wygodnej zgody panel dał publiczności realny spór o sposób zarządzania państwem.

Prywatne placówki: „wisienki na torcie” czy niewykorzystany zasób?
Anna Rulkiewicz, prezeska Grupy LUX MED i pierwsza wiceprezydentka Konfederacji Lewiatan, przypomniała o rynku, który z perspektywy prywatnych świadczeniodawców działa równolegle do publicznego. Opieka ambulatoryjna, diagnostyka, medycyna pracy czy rehabilitacja rozwijają się po obu stronach systemu. Nie zawsze jednak w sposób skoordynowany.
Rulkiewicz wskazała paradoks inwestycji: jeżeli publiczny szpital otrzymuje pieniądze na własny sprzęt i zaczyna wykonywać badania u siebie, może ograniczać kontrakty z istniejącym prywatnym dostawcą. W skali systemu nie musi to oznaczać większej dostępności. Czasem oznacza tylko dwie kosztowne infrastruktury, które zaczynają konkurować o tych samych pacjentów.
Drugim wątkiem były firmy finansujące opiekę medyczną swoim pracownikom. Dla pracodawcy problem jest prosty: pracownik ma mieć szybko diagnozę, badania i możliwość powrotu do sprawności. A dla placówki to dowód, że dobrze zorganizowana ścieżka pacjenta — dostępność telefonu, terminu, diagnostyki, koordynacji — jest wartością gospodarczą, nie tylko wskaźnikiem satysfakcji.
Rulkiewicz upomniała się również o prywatnych inwestorów, którzy budowali placówki zgodnie z regułami przyjętymi przez państwo, często korzystając z kredytów. Zmiana zasad kontraktowania bez okresu przejściowego może wywrócić ich biznesy, a niekoniecznie poprawić opiekę. Z drugiej strony nie próbowała sprowadzać całego rynku do podziału na dobry sektor prywatny i zły publiczny.
„Są podmioty publiczne bardzo dobre i są podmioty prywatne bardzo dobre.”
Jej receptą na dofinansowanie sektora był także rozwój ubezpieczeń dodatkowych. Tu szybko pojawiła się niewygodna kwestia: takie produkty potrzebują czytelnego określenia świadczeń gwarantowanych, a ewentualne wyłączenia z koszyka są politycznie trudne. W panelu nie przedstawiono gotowego projektu reformy koszyka. Trudno jednak udawać, że samymi deklaracjami o „współpracy publiczno-prywatnej” rozwiążemy problem.

Na koniec spór o zadłużone szpitale. Bez łatwego zwycięzcy
W pytaniu z sali Arkadiusz Grądkowski podpowiedział prostą zmianę języka reform szpitalnictwa: może zamiast mówić o „zamykaniu” szpitali, zacząć konsekwentnie mówić o ich „przekształcaniu”? Samorządowcy mają bowiem polityczny problem z każdym komunikatem, który brzmi jak likwidacja lokalnej placówki.
To jednak nie zakończyło dyskusji. Liwiusz Laska zakwestionował przekonanie, że decentralizacja sama z siebie poprawi zarządzanie. Mówił o ponad 2,5 mld zł zadłużenia szpitali wobec ZUS i o przypadkach, w których — jego zdaniem — problemem jest nie tylko finansowanie, ale także złe decyzje zarządcze.
Teresa Kamińska natychmiast odpowiedziała, że samorządy bywają rozliczane z sytuacji placówek, chociaż nie decydują o wycenie i finansowaniu świadczeń. Minister zdrowia dodała, że nie ma też wpływu na wszystkie decyzje kadrowe lokalnych szpitali. I w ten sposób wróciliśmy do punktu wyjścia: każdy ma kawałek odpowiedzialności, a pełna odpowiedzialność jakoś nie chce się złożyć w całość.
Panel skończył się postulatem przejścia od finansowania ilości do oceny jakości i efektów. Słusznie. Tyle że po blisko godzinie mocnej dyskusji pozostało pytanie, które na sali słyszało się między wierszami: kto dostanie prawo podejmowania trudnych decyzji i kto zapłaci polityczną cenę, gdy te decyzje okażą się niepopularne?
Relacja własna z panelu „Zdrowie obywateli kapitałem Europy: wyzwania i strategie odporności” (EFNI, Sopot, 15 października 2026). Wystąpienia opracowano na podstawie nagrania konferencyjnego. Dane i kontekst: projekt budżetu na 2027 r. ↗, absencja — ZUS ↗, zdrowie psychiczne — ZUS ↗, voicebot Anna — MZ ↗.
Mój komentarz: problemem nie są tylko miliardy, lecz odpowiedzialność za efekt
W zarządzaniu placówką codziennie spotykamy mniejszą wersję sporu z EFNI. Można zwiększyć budżet rejestracji i nadal mieć nieodebrane telefony. Kupić nowy rezonans i nie poprawić liczby wykonanych badań. Sfinansować pakiet profilaktyczny i nie wiedzieć, czy pacjent rzeczywiście poprawił swoje zdrowie.
Najbardziej przekonało mnie nie to, że zdrowie jest inwestycją. Z tym trudno polemizować. Najważniejsze jest to, czy umiemy policzyć jej efekt i wskazać osobę, która za niego odpowiada. Jedna z największych słabości systemu to sytuacja, w której samorząd odpowiada za szpital, NFZ za kontrakt, ministerstwo za przepisy, ZUS za absencję, a pacjent za własną cierpliwość.
W prywatnej placówce nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze i nie powinno się tego robić. Ale brak jakichkolwiek mierników skuteczności też nie jest humanizmem. To po prostu słabe zarządzanie.
Trzy pytania na najbliższy zarząd
Jeżeli EFNI ma być forum nowych idei, to z tego panelu wyniósłbym jedną bardzo starą, wciąż aktualną zasadę: pieniądze są początkiem strategii, nie jej dowodem.
Marcin Fiedziukiewicz · Biuletynmedyczny.pl