Marcin Piątkowski obiecywał dogonienie Europy. Grzegorz Kołodko ostrzegał przed kryzysem, skrytykował rząd i wdał się w ostre polemiki. W tle: rosnący dług, inwestycje, 39 proc. dorosłych słabo rozumiejących tekst i pytanie, kto zapłaci za kolejny etap polskiego sukcesu.
Złoty wiek, czyli optymizm na rozgrzewkę
W czwartek przed południem w Atrium A rozmowa zaczęła się niewinnie. Tytuł panelu był niemal deklaracją: „Polska jest krajem gospodarczego sukcesu. Jak możemy utrzymać tempo wzrostu gospodarczego w coraz bardziej konkurencyjnym świecie?”. Za prowadzenie odpowiadał Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan. Po jednej stronie znajdowali się ekonomiści, którzy od lat tłumaczą źródła polskiego wzrostu. Po drugiej — równie doświadczeni rozmówcy, którym znacznie trudniej przychodzi składanie obietnic na kolejną dekadę.
Prof. Marcin Piątkowski nie zamierzał rezygnować z pojęcia „złotego wieku”. Jego diagnoza była optymistyczna: Polska przeszła bezprecedensową drogę nadrabiania dystansu i w ciągu dekady ma szansę zbliżyć się do średniego dochodu Unii Europejskiej, liczonego według siły nabywczej. Wskazał nawet dalsze cele: poziom Niemiec w perspektywie 2040 r. oraz aspiracje do europejskiej czołówki do połowy stulecia.
„Złoty wiek trwa”.
Był jednak haczyk. Piątkowski sam przestrzegał przed Polską jako „Hiszpanią bez słońca” — krajem, który osiąga średnią europejską i później zatrzymuje się w relatywnej stagnacji. Innymi słowy: nawet optymista mówił nie tyle o gwarantowanym triumfie, ile o potrzebie nowego modelu wzrostu, opartego na technologiach, lepszych inwestycjach i konkurencyjności.

Dudek: dobiegliśmy daleko, ale możemy nie ukończyć maratonu
Dr Sławomir Dudek, przewodniczący Rady Fiskalnej, nie kwestionował polskiego sukcesu. Zakwestionował natomiast przekonanie, że można go bezpiecznie przedłużać rosnącym zadłużeniem. Przypomniał, że trzy dekady rozwoju opierały się w znacznej mierze na stabilności finansów i relatywnie ostrożnej bankowości. Teraz, jego zdaniem, od tej dyscypliny odchodzimy.
„Cud” gospodarczy w jego ujęciu nie jest cudem, lecz wynikiem pracy i odpowiedzialnych decyzji. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo przyzwyczaja się do wydawania tak, jakby dodatkowe pieniądze miały pojawiać się zawsze. Dudek przekonywał, że wydatki publiczne rosną szybciej niż zdolność ich trwałego finansowania. Zauważył przy tym, że nie da się jednocześnie żądać skandynawskiej jakości usług publicznych, skandynawskiej skali wydatków i znacząco niższych podatków.
„Ten plan nie istnieje i to wszyscy wiemy”.
Zarysowane ryzyko nie było wyłącznie jego konferencyjną opinią. Rada Fiskalna opublikowała we wrześniu opinię dotyczącą projektu budżetu na 2027 r., wskazując na zagrożenia związane z deficytem i długiem. Ministerstwo Finansów odpowiedziało własną interpretacją zakresu kompetencji Rady i zgodności projektu z regułami. Spór instytucjonalny jest więc realny i nie kończy się na scenie EFNI.
To ważne rozróżnienie: nie padła wiarygodna prognoza nieuchronnego bankructwa Polski. Padł sygnał, że czas na politykę fiskalną, w której kolejna kampania wyborcza nie może być jedynym horyzontem decyzji. Dudek przywoływał doświadczenie maratonu: szybki start może dać przewagę, ale nie zastąpi sił na ostatnie kilometry.
Pieniądze są. Gotowych inwestycji nie zawsze
Witold Szpak z Europejskiego Banku Inwestycyjnego studził inne przyzwyczajenie: że przedsiębiorstwom i gospodarce do rozwoju brakuje przede wszystkim kapitału. Grupa EBI podpisała w Polsce w 2025 r. finansowanie o wartości 8 mld euro, a wspierane projekty inwestycyjne miały łączną wartość 22,8 mld euro. To dane potwierdzone w komunikacie banku.
Szpak wskazywał, że dostępność finansowania nie gwarantuje realizacji projektów. Banki mogą mieć środki, ale nie mają czego finansować, gdy inwestycje miesiącami lub latami grzęzną w przygotowaniu, decyzjach środowiskowych i postępowaniach administracyjnych. Z perspektywy inwestora problemem jest więc często nie koszt pieniądza, lecz czas, przewidywalność i jakość przygotowanych projektów.
Ta uwaga ma znaczenie daleko poza wielką energetyką czy infrastrukturą. Także w ochronie zdrowia pieniądze na nowe budynki, aparaturę lub cyfryzację nie pracują, dopóki nie ma ludzi, procesów i decyzji pozwalających wykorzystać je w praktyce.
Dane, które warto oddzielić od konferencyjnych prognoz
- 8 mld euro — finansowanie podpisane przez Grupę EBI w Polsce w 2025 r.
- 22,8 mld euro — łączna wartość wspartych projektów inwestycyjnych według EBI.
- 39 proc. — odsetek dorosłych Polaków na poziomie 1 lub niższym w badaniu umiejętności rozumienia tekstu OECD (PIAAC 2023).
Defratyka: PKB rośnie. A jak mamy z rozumieniem świata?
Alicja Defratyka uznała historyczny awans Polski, ale nie pozwoliła sprowadzić rozmowy do samej dynamiki PKB. Wspomniała niskie bezrobocie, wzrost realnych wynagrodzeń i poprawę materialnych warunków życia. Zaraz potem przypomniała, że za wskaźnikami gospodarczymi kryją się procesy, które mogą ten wzrost zatrzymać: demografia, zbyt słabe inwestycje w badania oraz kompetencje dorosłych.
Najbardziej niepokojąca liczba dotyczyła podstawowych umiejętności. Według OECD PIAAC 2023 aż 39 proc. dorosłych w Polsce osiągnęło poziom 1 lub niższy w zakresie rozumienia tekstu, wobec średniej OECD wynoszącej 26 proc. Nie znaczy to, że czterech na dziesięciu Polaków nie potrafi czytać. Znaczy, że ich biegłość jest niska, szczególnie przy złożonych tekstach i informacjach.
Defratyka postawiła pytanie o zdolność społeczeństwa do rozumienia skomplikowanych decyzji ekonomicznych. Jak przekonać wyborców do ograniczenia wydatków lub reformy podatków, jeśli trudno wytłumaczyć związki przyczynowo-skutkowe? Co warte podkreślenia, ekonomistka nie traktowała edukacji jako dodatku do wzrostu. Dla niej edukacja, badania i rozwój są warunkiem kolejnego etapu gospodarczego awansu.
To także jedna z tych części debaty, które zabrzmiały zaskakująco blisko zarządzania placówką medyczną: można podawać pacjentowi komplet informacji, a jednocześnie nie upewnić się, czy rzeczywiście je zrozumiał.
Steinhoff: monopol nie jest sukcesem tylko dlatego, że zarabia
Były wicepremier Janusz Steinhoff skierował uwagę na przemysł, którego perspektywy zależą od cen energii i siły konkurencji. Wysokie zyski największych firm energetycznych nie są — jego zdaniem — wystarczającym dowodem sprawnego zarządzania. W części segmentów rynku mogą być równie dobrze oznaką słabej konkurencji, której koszty ostatecznie ponoszą odbiorcy energii i przedsiębiorstwa.
Steinhoff krytykował koncentrację rynku gazu i wysokie ceny energii dla przemysłu. Wzywał do odbudowy konkurencyjnych rynków i silniejszego podejścia regulacyjnego zamiast sterowania gospodarką wyłącznie przez własność państwową. Jego ocena skutków dominacji państwowych koncernów była zdecydowana, choć szczegółowe wielkości zysków i udziały rynkowe wymagają rozpatrywania w kontekście właściwych okresów i segmentów.
Potem rozmowa zeszła na wkład kolejnych rządów w transformację gospodarczą. Steinhoff upomniał się o znaczenie reform początku lat dziewięćdziesiątych i sprzeciwił przypisywaniu sukcesu konkretnej stronie politycznego sporu. To był jeden z momentów, w których polemika zaczęła dotyczyć nie tylko przyszłości, lecz również tego, kto ma prawo opowiadać historię polskiego sukcesu.

Kołodko wchodzi do gry. I kończy się kurtuazja
Prawdziwy zwrot nastąpił, gdy głos zabrał prof. Grzegorz W. Kołodko. Najpierw skorygował uproszczenie dotyczące zaproszenia Polski do rozmów wokół G20. Zaraz potem przeniósł dyskusję na poziom znacznie bardziej osobisty i polityczny.
Odnosząc się do „złotego wieku” Piątkowskiego, przypomniał ich dawną relację zawodową, wymieniając Piątkowskiego jako swojego studenta, doktoranta, asystenta i współpracownika. Nie była to wyłącznie anegdota biograficzna. W ustach Kołodki stała się wstępem do zakwestionowania sposobu, w jaki młodszy ekonomista opisuje polski sukces.
„Nigdy nie uprawiałem propagandy sukcesu, tylko rozwiązywałem problemy”.
Kołodko przekonywał, że wzrost napędzany środkami z KPO, wydatkami obronnymi i zadłużeniem nie jest dowodem trwałej przewagi konkurencyjnej. W jego wypowiedzi pojawiło się mocne porównanie do „narkotyków” podtrzymujących koniunkturę. Zarzucił obecnemu rządowi brak strategicznego myślenia, a polskiej polityce gospodarczej — podporządkowanie długoterminowych decyzji interesowi wyborczemu.
Przypomniał własne doświadczenie rządowe, zestawiał okresy wzrostu PKB i uzasadniał potrzebę „głównego ekonomisty Rzeczypospolitej”, który miałby wymusić myślenie dłuższe niż jedna kadencja. Liczby przywołane do porównania poszczególnych rządów były jego autorską interpretacją dziejów transformacji, a nie neutralnym bilansem przyczyn polskiego wzrostu.

„Pani tego nie rozumie”. Ostry ton i spór o demokrację
Moderator nie pozostawił prognoz Kołodki bez odpowiedzi. Zapytał, jak w realnej polityce zbudować strategię, którą kolejne rządy będą kontynuować, skoro logika czteroletnich kadencji i wyborczych obietnic działa dokładnie odwrotnie.
Kołodko odparł, że problemem nie jest tworzenie kolejnych rad eksperckich, tylko polityczne przywództwo zdolne podporządkować krótkoterminowy interes partyjny długofalowemu rozwojowi. Dopuszczał nawet sytuację, w której rząd przegrywa wybory, ale podejmuje decyzje korzystne dla kraju. W odpowiedzi z panelu padło ostrzeżenie przed skutkiem takiej kalkulacji: dojściem populistów do władzy.
Wtedy Kołodko odpowiedział wprost, bez dyplomatycznej osłony:
„Widzę, że pani tego też nie rozumie”.
To był najsurowszy personalnie moment sesji. Trudno go pomylić ze zwykłą różnicą interpretacji danych. Zarazem nie da się uczciwie sprowadzić całego panelu do tego jednego zdania. Pod powierzchnią emocji pozostał prawdziwy spór: czy najpierw trzeba zmienić reguły prowadzenia polityki, czy nauczyć się odpowiedzialnie działać w regułach, które już mamy?
Steinhoff zakwestionował później także narrację Kołodki o zasługach kolejnych ekip rządowych dla wzrostu gospodarczego. Widać było, że koalicja przeciwko ryzyku zadłużenia nie oznacza zgody co do historii transformacji ani najlepszych recept na przyszłość.
Wszyscy chcą oszczędności. Każdy widzi je gdzie indziej
Pod koniec spotkania rozmowa stała się mniej abstrakcyjna. Kołodko mówił o ograniczeniu wydatków socjalnych oraz części wydatków zbrojeniowych, krytykując finansowanie ich długiem. Piątkowski również uznał skalę deficytu za poważny problem, ale mocniej akcentował możliwą zmianę po stronie dochodów, ulg i opodatkowania oraz konieczność przeglądu transferów społecznych.
Ten fragment rozbroił pozornie prosty podział: optymiści nie boją się długu, pesymiści boją się wzrostu. Nieprawda. Nawet Piątkowski — najbardziej optymistyczny w prognozach — mówił, że polska polityka fiskalna poszła za daleko. Różnice dotyczyły skali oszczędności, źródeł wpływów i tego, które programy oraz inwestycje powinny być chronione.
Defratyka wskazywała na edukację i inwestycje prorozwojowe jako obszary, których nie należy osłabiać. Wymieniła również ochronę zdrowia jako przykład systemu, w którym automatyczne zwiększanie finansowania bez zmian procesowych nie daje gwarancji lepszego rezultatu.
Dla przedsiębiorców to bardzo konkretne ostrzeżenie: programy publiczne i budżety sektorowe wchodzą w okres, w którym pytanie „ile jeszcze dopłacimy?” może zostać zastąpione pytaniem „co za te pieniądze rzeczywiście działa?”. To samo pytanie coraz częściej będzie dotyczyć zakupów sprzętu, wdrożeń technologicznych i organizacji pracy w placówkach medycznych.

Źródła: relacja własna z panelu „Polska jest krajem gospodarczego sukcesu. Jak możemy utrzymać tempo wzrostu gospodarczego w coraz bardziej konkurencyjnym świecie?” (EFNI 2026, 15 października; nagranie autora); OECD PIAAC 2023 — Polska ↗, EBI — finansowanie w Polsce w 2025 r. ↗, opinia Rady Fiskalnej ↗ oraz odpowiedź Ministerstwa Finansów ↗.
Mój komentarz: największym zagrożeniem jest samozadowolenie
W ciągu jednego przedpołudnia EFNI zobaczyłem dwa światy. W pierwszym minister zdrowia opowiadała o 274 miliardach złotych planowanych na ochronę zdrowia w przyszłym roku. W drugim ekonomiści spierali się, skąd państwo weźmie pieniądze na wszystkie swoje obietnice.
Można wzruszyć ramionami: wielka makroekonomia, wielkie liczby, co to ma wspólnego z poradnią, przychodnią czy prywatnym szpitalem? Ma — i to bardzo dużo. Jeśli koszt obsługi długu rośnie, każdy publiczny sektor będzie musiał mocniej uzasadniać swoje wydatki. Jeśli model rozwoju ma się przesuwać w stronę innowacji, placówki nie wygrają wyłącznie liczbą kupionych urządzeń. Wygrają sprawnością ich wykorzystania, dostępnością dla pacjenta i zdolnością zmierzenia efektu.
Kołodko przesadził z temperaturą niektórych wypowiedzi, ale trudno odmówić mu jednego: nie pozwolił panelowi skończyć się wygodnym samozadowoleniem. Piątkowski miał z kolei rację, przypominając, jak ogromną drogę przeszła Polska. Te dwa zdania mogą być prawdziwe jednocześnie. Sukces nie jest planem na przyszłość.
W ochronie zdrowia mamy własny „złoty wiek” zakupów, programów i cyfryzacji. Pytanie, które zostawiam managerom, brzmi: czy potrafimy pokazać, ile zdrowia, czasu pacjentów i produktywności daje każda dodatkowa złotówka — czy tylko ile udało nam się wydać?
Marcin Fiedziukiewicz · Biuletynmedyczny.pl